Sposób na problem? Pozbyć się go!
Mariusz Pleban, 9.11.2011

“I won’t spend any f…ing night in your f…ing Munich” – wykrzyczał ewidentnie podenerwowany pasażer klasy business wyglądając z samolotu zaparkowanego na płycie lotniska w Monachium.
Obrażał. Lżył. Pienił się. Miał jednak status senatora. I co? Zapytacie. Zaraz odpowiem. Zacznijmy jednak od początku.
Podróżowaliśmy całą rodziną z Warszawy do Bangkoku. Już sam początek podróży zapowiadał przygody. Śnieg i mróz skutecznie opóźniał wszystkie loty. My mieliśmy tylko 30 minut na przesiadkę w Monachium. Reprezentantka linii lotniczych zapewniała jednak, że na pewno zdążymy. Ja wolałem raczej spędzić noc w domu niż na lotnisku, ale Pani namówiła mnie abym nie rezygnował i wierzył. Nie śmiałem sprzeciwić się kobiecie. Tym bardziej wierzącej. W małym embraerze zajęliśmy miejsca z tyłu, w klasie ekonomicznej. Samolot wystartował. Lecieliśmy. Zaraz po osiągnięciu prędkości przelotowej poprosiłem stewardessę o informację, czy zdążymy na samolot do Bangkoku. Powiedziała, że zaraz zapyta kapitana. Wróciła po chwili z krzepiącą informacją. Kapitan dostał „shortcut” co znaczyło, że wylądujemy wcześniej. Poprosiła abyśmy przenieśli się do klasy biznes, dzięki czemu szybciej opuścimy później samolot. Na lotnisku miała na nas czekać limuzyna, która zawiezie nas bezpośrednio do transatlantyka.
W klasie biznes usiadłem koło jegomościa w wieku około 50 lat. But z frędzlami, zsunięta skarpetka, łydka, na niej futro i wysoko kończąca się nogawka. Bez marynarki, pomięta koszula. Pan przedstawił się. Powiedzmy, że nazywał się Razbery. Okazało się, że jest człowiekiem biznesu bardzo często latającym między Europą i Tajlandią. Wymieniliśmy kilka ciekawych historii. Okazało się, że pan Razbery też leci do Bangkoku. Nie omieszkał zaznaczyć, że to dzięki niemu dostaliśmy tę „drogę na skróty”. Podziękowałem. Napiłem się pierwszej w trakcie tego lotu wody. On wychylił piątą, a może ósmą szklankę whiskey. Wylądowaliśmy.
Samolot zatrzymał się. Złapałem za bagaże. Puściłem grzecznie przodem Razbery. Za mną żona i syn. Czekaliśmy aż stewaressa otworzy drzwi samolotu. Czekaliśmy kolejną minutę, a czas dłużył się niemiłosiernie. Czekaliśmy, a Razbery… nie. Zdecydował się wziąć sprawę w swoje ręce. Przesunął władczo panią z linii lotniczych, otworzył właz i wystawił głowę poza samolot. Rozglądał się przez krótką chwilę. Nerwowo potrząsnął głową i ryknął „Where is my f…ing limo!?”. Zamarłem. Kilkadziesiąt osób stojących za mną przestało ruszać się. Nasłuchiwali. Prawdę mówiąc pozostawało im tylko słuchać, gdyż mój słuszny wzrost blokował jakikolwiek widok. Najciekawsze, na ich szczęście, działo się na poziomie ścieżki dźwiękowej.
„I want my f…ing limo, now! I won’t spend any f…ing night in your f…ing Munich!!!” – zagrzmiał Razbery.
Nagle wszyscy usłyszeliśmy pierwszą reakcję obsługi lotniskowej. Jakaś kobieta krzyknęła pod adresem Razbery – „Don’t shout at us!”. Nie były to wyżyny. Żadna cięta riposta. Po prostu mała prośba ubrana w płaszczyk imperatywu.
Nie minęły trzydzieści trzy tysięczne sekundy a Razpbery kontratakował okrzykiem „This is the way we should talk to you you f…ing fashists”.
Dramat. Wstyd. Konsternacja.
W mojej głowie pojawiały się oddziały lotniskowych komandosów skaczące na plecy Razbery. Wyobrażałem sobie pojazdy z zielonym pasem i napisem Polizei nadjeżdżające z każdej strony świata. Zastanawiałem się czy tę noc Razbery spędzi w lotniskowym areszcie. Czy może zostanie od razu odtransportowany do więzienia. Może ulitują się i zabiorą go jedynie do izby wytrzeźwień.
Nic z tych rzeczy. Czas mijał. Służba lotniskowa nie reagowała. Pasażerowie wytoczyli się z samolotu do autobusu. Razbery odwrócił się do mnie i powiedział „Niech się pan mnie trzyma!”. I tu znowu, tak jak wcześniej, nie śmiałem odmówić. Tym razem wiedziałem, że coś pewnie się jeszcze wydarzy. Za nic nie chciałem sobie odmówić kolejnych atrakcji, jeśli takowe miały mieć miejsce. W końcu i tak byliśmy spóźnieni. Noc na lotnisku chyba murowana. Z dwojga złego lepiej patrzeć na tragikomedię, jaka rozgrywała się w sercu Europy niż siedzieć w lotniskowym hotelu.

Dotarliśmy do terminalu. Ci, którzy znają lotnisko w Monachium wiedzą, że jest długi jak pasek Ryszarda Kalisza. Podążaliśmy za Razbery, który odstresowywał się papierosem. Wokół milion znaków zakazujących palenia. Zero popielniczek. Razbery nie niepokojony przez nikogo z zapalonym papierosem w dłoni dotarł do senators lounge. My z nim. Za ladą pięknej recepcji siedziała elegancka kobieta. Z szerokim i lśniącym uśmiechem zapytała w czym może pomóc.
Razbery najpierw poczęstował ją chmurą dymu, po czym krótko i zwięźle oznajmił – „I won’t spend any f…ing night in your f…ing Munich. Find me a plane to Bangkok, now!”.
My jakoś na chwilę zeszliśmy na drugi plan. I… na tym drugim planie pozostaliśmy. Razbery poleciał w ciągu kilku chwil. Pierwszą klasą, przez Abu Dhabi. My, pomimo dyplomatycznych prób nacisku, zostaliśmy w Monachium na kolejne 18 godzin…
Czy czegoś nauczyłem się w trakcie tamtego lotu? Że chamstwo, buta i obrażanie jest najlepszym sposobem osiągnięcia celu? Po trupach – dosłownie i w przenośni? Wolę myśleć, że raczej nie. Dużo ważniejszą obserwacją był sposób, w jaki obsługa lotniska zabezpieczyła granat, Razberego, który w każdej chwili mógł eksplodować. Po prostu – dali mu, co chciał i pozbyli się problemu. Jaki morał płynie z tej opowieści dla specjalistów od komunikacji? Nie bierzcie wszystkiego do siebie w stresowej sytuacji. Czasem drobne ustępstwo może przynieść większą korzyść niż usilne bronienie swoich racji. To, co liczy się w ogólnym rozrachunku, to zażegnanie kryzysu, zanim ten rozkręci się na dobre.





